Dzień 51. Ostatni dzień w Chinach

     Po siedmiu tygodniach w drodze, wypełnionych godzinami stania na poboczu, dobami spędzonymi w samochodach i dziesiątkami nocy w namiocie; po przejechaniu prawie jedenastu tysięcy kilometrów autostopem, poznaniu niezwykłych ludzi, zobaczeniu pięknych miejsc i przeżyciu niesamowitych przygód, pełen satysfakcji ze zrealizowanego planu, wracam do domu!

Ten post został napisany podczas podróży:

 
Kliknij, aby dowiedzieć się więcej
 
     Ale nie tak od razu! Samolot mam dopiero w nocy, więc dziś powłóczę się jeszcze po Pekinie. „Powłóczę” to odpowiedni wyraz – nie zwiedzam bowiem nic specjalnego. Chciałem jednak zobaczyć słynne hutongi – wąskie uliczki, którymi niegdyś poprzecinane było całe miasto. To w nich toczyło się życie towarzyskie mieszkańców. To one były dawniej kwintesencją Pekinu. Do dziś hutongów zostało jednak niewiele.
 
DSC_0489
 
     Spaceruję wąskimi uliczkami, przyglądając się codziennemu życiu mieszkańców. Ci natomiast przyglądają się mi, bo pewnie nie często biali zaglądają im na podwórko. Odszedłem jedynie kilkaset metrów od głównej ulicy, a wyraźnie czuć tu zmianę tempa życia. Tu, w wąskich uliczkach jest jak na prowincji – Chińczycy grają w madżonga, Chinki wieszają pranie przed domem, chińskie dzieci biegają po podwórku.
 
DSC_0493
 
DSC_0497
  
     Odwiedzam też plac Tianamen – największy publiczny plac na świecie, a zarazem najważniejszy plac w kraju. Tu, w ogromnym mauzoleum leży zabalsamowane ciało Mao Zedonga, codziennie odwiedzane przez rzesze Chińczyków. Każde komunistyczne państwo ma bowiem swojego wielkiego wodza, a każdy wielki wódz ma swoje mauzoleum. Podobnie jak nie skorzystałem z możliwości zobaczenia Lenina na Placu Czerownym, nie odwiedzam Mao Tse Tunga na Placu Tiananmen.
 
DSC_0501
 
DSC_0502
  DSC_0507 
     Wejście na plac poprzedzone jest licznymi kontrolami. Funkcjonariusze prześwietlają bagaż w poszukiwaniu łatwopalnych materiałów. W ciągu ostatnich kilkunastu lat, miało tu bowiem miejsce kilka samopodpaleń, w ramach protestu przeciwko komunistycznej władzy.
  
     Wieczorem jadę do Josepha i Ady, u których spędziłem ostatnie kilka nocy. Po obiedzie żegnam się z nimi, nie ukrywając, że byli jednymi z moich najlepszych couchsurfingowych hostów.
  
     Cieszę się, że wracam już do Europy – do normalnych literek i białych ludzi. Z drugiej jednak strony, będzie mi brakowało tej egzotyki. Tych niezrozumiałych szlaczków, tych Chińczyków gapiących się na mnie jak na kosmitę, no i oczywiście fantastycznego chińskiego jedzenia!
  
     Na lotnisku oczywiście problemy. Mój bagaż, ofoliowany za ostatnie yuany, pika przy przejeździe przez rentgena. Ponoć komputer wykrył zapalniczkę. Jak to możliwe, skoro zapalniczki z pewnością tam nie ma? Robię małą dziurę w folii i przeszukuję boczne kieszenie. Jak się okazuje, problemem jest ładowarka samochodowa, która dla komputera wygląda jak zapalniczka.
   
     Na koniec chińskiej przygody, konsumuję zupkę chińską. Sprzedają je w lotniskowym „duty free”, a w terminalu mnóstwo jest bojlerów z wrzątkiem.
  
DSC_0527
   DSC_0530  
     Wsiadam w samolot, który jest znacznie większy niż te, którymi latałem do tej pory. Przyzwyczajony do tanich linii cieszę się jak dziecko z monitora przed moją twarzą. To zupełnie inny standard niż Ryanair czy Wizzair. No, ale cena też była inna. Po nocnym obiedzie idę spać, żeby rano obudzić się gdzieś nad Morzem Kaspijskim.
  
DSC_0532
 
 

12 komentarzy do wpisu „Dzień 51. Ostatni dzień w Chinach”

  1. Coś się zaczyna to i skończyć się musi. Szkoda, bo Twoje relacje umilały dni, bo tyle w nich pogody ducha. Z Bogiem Kuba 🙂

    Odpowiedz
  2. IKEA dociera wszędzie! – 2. zdjęcie 🙂
    W samolocie widzę, że załapałeś się na miejsce przy oknie. Ale chyba nic Ci się nie udało zobaczyć, bo leciałeś w nocy? Czy się mylę?

    Dlaczego tu piszesz o 11 tys. kilometrów, skoro wcześniej pisałeś o 9369 km?

    Odpowiedz
    • Miejsce przy oknie ale na skrzydle wiec i tak nic nie byloby widac. Ale lecielismy w nocy i i tak nic nie bylo widac 😉 nad ranem zobaczylem tylko kawalek morza kaspijskiego 😉
      9369 km jest z polski do pekinu, ale ja po drodze odbijalem od tej strasy – jadac nad bajkal, oraz na zachod mongolii. Wtedy zrobilem te dodatkowe 1,5 tys 😉

      Odpowiedz
  3. Też zauważyłam tą Ikeę :))
    Na zakazach dwa razy jest rower, chyba nie można rowerem bez siodełka i rowerem z siodełkiem jeździć 😀
    Szkoda, że to już koniec, bo mi też Twoje relacje umilały dzień, ale dzięki temu już niedługo obejrzę wszystkie zdjęcia i filmiki i posłucham opowieści, a pytań mam dużo 😀

    Odpowiedz
  4. górol, ten komentarz napisałam dziś specjalnie dla Ciebie. Mam nadzieję, że doczytasz do końca opowieść Kuby i znajdziesz go tutaj.
    Chcę Ci podziękować za tę wielogodzinną lekturę bloga Kuby! I to włącznie z analizą komentarzy!
    Mam nadzieję, że dobrze się w tym czasie bawiłeś!

    Miło byłoby, gdybyś w swoich komentarzach poświęcił kilka słów autorowi, jego podróży i opowieści, a nie tylko moim rozmowom z synem 😉

    Odpowiedz
  5. Drogi Kubo,

    Czy kupując bilet lotniczy zamawiałeś go na konkretny dzień? Jeśli tak to nie obawiałeś się, że możesz nie zdążyć stopem do Pekinu?

    Pozdrawiam 🙂
    Kinga

    Odpowiedz
    • Kupowałem na konkretny dzień i absolutnie się nie bałem, że nie zdążę.
      Bałem się jedynie, że nie zdążę wyjechać z Rosji przed końcem ważności rosyjskiej wizy. Bo droga była daleka, a wiza krótka.
      Od Mongolii zaś, jechałem już bardzo leniwie i miałem spory zapas czasu. Poza tym, zawsze miałem plan B. Jeżeli data wylotu by się zbliżała i byłaby obawa, że nie zdążę, to zawsze mogłem wsiąść w pociąg i dojechać do Pekinu w jeden dzień 🙂

      Odpowiedz
      • Kubo,

        Bardzo dziękuję za odpowiedź. Życzę Ci kolejnych wspaniałych przygód tak jak w zeszłym roku 🙂

        Miłego dnia,
        Kinga

        Odpowiedz

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.