Dzień 26,27. Najbrzydsza stolica świata

     Ułan Bator, stolica Mongolii, zwana jest najbrzydszą stolicą świata. Tak przynajmniej twierdzi mój przewodnik. Wielokrotnie na blogu powtarzałem, że nie specjalnie lubię miasta. Zamierzając zwiedzać UB („ju bi” – tak mówią o nim mieszkańcy) nastawiłem się na nie bardzo krytycznie. Nastawiłem się tak do tego stopnia, że miasto nawet mi się spodobało.
 

Ten post został napisany podczas podróży:

 
Kliknij, aby dowiedzieć się więcej
 
Dzień 26.
  
     Dobra, może „spodobało” to za dużo powiedziane. Po prostu, według mnie, nie wyróżnia się specjalnie swoją brzydotą na tle innych miast. Jest brudne i zaniedbane, ale kilka ładnych miejsc można w nim znaleźć – jak w każdej stolicy. Na przykład plac Suche Batora, na który trafiam z samego rana, po bardzo szybkim i przyjemnym stopie, z miejscowym geologiem.
  
DSC_0587
 
DSC_0592
 
DSC_0598  
      Plac jak plac, ale według mnie, w niczym nie jest gorszy niż place innych miast. Tuż obok znajduje się klasztor Czojdżin lamy, który cudem przetrwał okres komunizmu. Wówczas bowiem większość buddyjskich obiektów zostało zniszczonych. Podoba mi się on znacznie bardziej niż najważniejszy zabytek w mieście – klasztor Gandan, do którego udaję się w następnej kolejności.
  
DSC_0616
 
     Zmęczony wędrówką przysiadam żeby odpocząć i poobserwować otoczenie. Siedzę sobie, aż nagle podchodzi do mnie starszy pan z krótkofalówką. Zaczyna coś mówić, ale jedynym słowem które rozumiem jest „secret”. Macha ręką, żeby iść za nim, no to idę. Podchodzimy do jednej ze świątyń, a ten wyciąga klucze i wprowadza mnie do środka. Każe robić zdjęcia, a potem oprowadza po przylegającym doń klasztorze. Zagaduje nawet jednego z mnichów, żeby zrobił sobie ze mną zdjęcie. Na koniec pytam samego oprowadzającego czy mogę go sfotografować. Przyjęta poza świadczy o tym, że jest ochroniarzem tego miejsca (zdjęcie poniżej).
 
DSC_0630
  
DSC_0619
 
DSC_0631
 
     Zbliża się wieczór więc czas znaleźć miejsce noclegowe. Niestety z Couchsurfingu nikt mi nie odpisał. Chodzę więc po guesthousach. Mam problem – wszystkie miejsca zajęte. Myślę nad namiotem. Znalazłoby się jakieś miejsce w ciemnym parku, ale nie czułbym się tu bezpiecznie. Ostatecznie znajduję spokojny kąt w jednym z miejscowych pustostanów, ale śpię kiepsko – budzi mnie każdy szmer.
  
Dzień 27.
  
     Niedziela, więc idę do kościoła. Po drodze przysiadam na ławce, na śniadanie. Wyciągam chleb, ser i robię sobie kanapki. Nagle podchodzi do mnie grupa bezdomnych i jeden z nich wyrywa mi chleb, jednocześnie zataczając się w alkoholowym amoku. Nieco się z nim szarpię, ale jest ich wielu, a to tylko chleb, więc daję spokój, w trosce o własne zęby i resztę ekwipunku. A to wszystko w biały dzień, na głównej ulicy.
  
DSC_0641
 
DSC_0640
 
     W kościele wita mnie z otwartymi ramionami Jilly, Australijka, liderka tutejszej społeczności katolickiej. Po mszy zaprasza na „afterparty” z drobnym poczęstunkiem i herbatą, która wygląda jak mleko i smakuje jak mleko, przy czym wciąż podobno jest herbatą.
 
     Jadę z Jilly do centrum, jej terenowym autem, po czym zaczynam swój „long walk” w poszukiwaniu kawiarenki internetowej. Muszę wszak wydrukować adresy osób, do których wyślę pocztówkę w ramach akcji Pocztówka z podróży. Szukam tych zaznaczonych na mapie z informacji turystycznej – nie ma. Szukam tych zaznaczonych na mapie w moim przewodniku – nie ma. Wreszcie, po trzech godzinach (!) rzuca mi się na oczy wytęskniony napis „internet cafe”.
 
DSC_0608
 
DSC_0606
 
     Następny punkt – KFC, gdzie kolejne trzy godziny wypisuję kartki. Nocleg natomiast planuję na małym polu namiotowym, zaraz obok kościoła. Miejsce to poleciła mi dziś Jilly. Jak się okazuje, rozbicie namiotu kosztuje… 40 złotych. Na obrzeżach miasta! Dla porównania, nocleg w hostelu, w centrum to koszt 20-30 złotych.
  
     Pertraktuję nieco z właścicielką, która urywa rozmowę mówiąc „moje podwórko, moje zasady”. Jak się okazuje, miejsce to trafiło do przewodnika Lonely Planet, dlatego ceny zostały podniesione. „Dla zasady, nie dam jej zarobić” – myślę sobie, ale z drugiej strony, jestem na niezbyt bezpiecznych obrzeżach miasta a muszę gdzieś spać.
  
     Dwieście metrów dalej jest kościół, w którym byłem dziś rano. Myślę sobie, co mi szkodzi spróbować. Teren jest ogrodzony, a wokół świątyni jest mnóstwo zielonej trawy. Podchodzę do budki ochroniarza i na migi tłumaczę o co mi chodzi, niespecjalnie wierząc w powodzenie planu. Ten zaczyna coś bełkotać po mongolsku, ale po jego uśmiechu i serdecznym spojrzeniu, jestem pewien, że ten bełkot oznacza „nie ma problemu!”. Ochroniarz prowadzi mnie w odpowiednie miejsce i życzy dobrej nocy.
  
     Podsumowując, Ułan Bator jest brzydkie. Jest brudnym komunistycznym miastem, ale z tej szarej, betonowej tkanki wystaje kilka bezcennych zabytków i coraz więcej nowoczesnych biurowców. Jest jak brudny, marcowy śnieg, przez który przebijają się pierwsze wiosenne kwiaty. Kwiaty, które zwiastują nadejście znacznie piękniejszego czasu.
 
DSC_0647
 
  

4 komentarze do wpisu „Dzień 26,27. Najbrzydsza stolica świata”

  1. Ciekawe co to za przysmak na patyku?
    Intryguje mnie budowla z flagą. Pewnie reprezentacyjny urząd?Pozdrawiam życzę miłej podróży.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.