Przekraczanie granicy izraelsko-jordańskiej

     Przekraczanie granicy izraelsko-jordańskiej, jest tak specyficzne, skomplikowane, oraz drogie, że zasługuje na oddzielny wpis. My przekraczaliśmy ją na dwóch przejściach granicznych – przejściu Eilat-Akaba, oraz przejściu na King’s Hussein Brige. Był to marzec 2015 roku. Oto jak ta procedura wyglądała w naszym przypadku.
 

Przejście graniczne Eilat – Akaba
  
     Z centrum Eilatu idziemy na piechotę w stronę przejścia granicznego. Zajmuje to około pół godziny. Idziemy wzdłuż pasa startowego tutejszego lotniska, a następnie przez teren małego rezerwatu. Według miejscowej tablicy, w tym miejscu żyją jakieś wielkie jaszczury, zwane dragonami, ale nie udaje nam się żadnego wypatrzeć.
 
DSC_2837  
     Docieramy do granicy. Aby wejść na teren przejścia granicznego, przechodzimy przez pierwszą kontrolę paszportową. Idziemy do kas. Tam musimy uiścić opłatę za wyjazd z Izraela (można płacić kartą). Jest to koszt 106 szekli izraelskich, czyli dokładnie 100 złotych. Ale uwaga! Jest promocja! Kupując dwie wyjazdówki na raz, dostajemy zniżkę – płacimy 207 ISL na dwóch (197 zł). Taka okazja!
     
DSC_2847  
     Z kwitkiem z kasy, udajemy się nieco dalej, do kolejnego okienka. Tam, celnik sprawdza paszporty, ogląda kwitek i wbija izraelski stempel. Stempel, przez który nie wpuszczą mnie już do żadnego z krajów arabskich. Przynajmniej dopóki nie wymienię paszportu.
 
     Przy wyjściu z terenu izraelskiego przejścia granicznego nasze paszporty zostają jeszcze raz sprawdzone i już jesteśmy na obszarze ziemi niczyjej.
  
DSC_2851  
     Idziemy jakieś dwieście metrów, aż wreszcie mijamy bramę z napisem „Welcome Jordan”. Celnicy patrzą na nasze paszporty i z uśmiechem witają w kraju.
  
     W kolejnych okienkach celnicy przybijają jakieś pieczątki, wizę (darmowa, na miesiąc), dają jakieś karteczki etc. Wszystko bardzo miło. Na terenie przejścia znajduje się nawet informacja, gdzie jeden z pracowników, w miarę płynnym angielskim może wytłumaczyć wszelkie niejasności.
  
     Przy wyjściu z terenu jordańskiego przejścia przechodzimy ostatnią kontrolę. Celnik sprawdza czy w paszporcie są wszystkie wymagane pieczątki i puszcza nas wolno.
  
     Już się cieszymy, że wszystko przebiegło szybko i bezproblemowo, a jedyny koszt jaki ponieśliśmy to wyjazdówka z Izraela. Już idziemy w stronę Akaby, kiedy nagle, nie wiadomo skąd, wyskakuje jordański cwaniaczek – taksówkowy pośrednik. Miałem już z takimi do czynienia i wiem, że nic dobrego z tego nie wyniknie.

Taxi! Musicie wziąć taxi! – krzyczy z twardym, arabskim akcentem.
Nie, nie. My idziemy pieszo. – odpowiadamy nawet się nie zatrzymując.
Nie możecie. Teren wojskowy. Nie można iść pieszo.

     Niestety. Ma rację. Przejście graniczne, od miasta oddziela pas militarny, kontrolowany przez wojsko. Liczne znaki informują, że poruszanie się pieszo jest zabronione. Można przejechać jedynie samochodem. Teoretycznie mamy więc kilka opcji:

1. Bus? Nie da rady. W międzyczasie przyjechał jeden, aby wysadzić jakąś zorganizowaną grupę, ale kierowca nie chciał nas zabrać. Jak się później dowiedzieliśmy „taksówkowa mafia” nie pozwala nikomu zabierać turystów na gapę.

2. Złapać stopa? Ta opcja wchodzi w grę wyłącznie, kiedy będzie jechał ktoś inny niż Jordańczyk – tych bowiem trzyma „taksówkowa mafia”. A że Izraelczycy praktycznie nigdy nie jeżdżą do Jordanii – może być ciężko. Nawet jeżeli ktoś się nam zatrzyma, to kierowca może wpaść w problemy z opłacaną na lewo przez taksówkarzy służbą graniczną, która zrobi mu niemałe kontrole. Oczywiście jeszcze trzeba wziąć pod uwagę, że ruch na tym przejściu jest tak mały, że podczas naszego przekraczania granicy, w żadną stronę nie przejechało ani jedno auto.

     Niestety, jesteśmy zmuszeni jechać taksówką. Taka przejażdżka do Akaby kosztuje 11 JOD, czyli około 60 zł. Mimo, że ogromny cennik informuje o cenie 9 JOD, to cwaniaczkowaty pośrednik woła wyższą cenę. Cóż, taksówki mają tam absolutny monopol, wspieany przez celników, więc nawet nasze długotrwałe targowanie nic nie daje. Wiedzą, że i tak z nimi pojedziemy. Nie mamy wyjścia.

     Jedyne co mogliśmy zrobić to poczekać na kolejne osoby przekraczające granicę na piechotę i pojechać z nimi, dzieląc się kosztami. Pośrednik twierdził, że stać i czekać tam nie można, bo są kamery i to nie legalne, ale oczywiście było to kłamstwo. Skakał on wokół nas bez przerwy, nachalnie krzycząc, że musimy mu zapłacić i że nie mamy innej możliwości. Nie lubię zostawiać swoich pieniędzy takim bezczelnym typom.
   
1       
     Ostatecznie wsiadamy do taksówki. Kierowca – Musa – jedzie z prędkością dwudziestu kilometrów na godzinę. Podczas tej długiej drogi wygłasza swoje monologi o tym gdzie i za ile może nas zawieść. Opowiada o świetnych hotelach „swojego brata”, w których możemy tanio spędzić noc. Nie jesteśmy zainteresowani, ale on nie daje za wygraną. Wiezie nas do jednego z hoteli, abyśmy „się rozejrzeli”. Kolejny raz powtarzamy, że nie jesteśmy zainteresowani, więc wiezie nas do centrum, do bankomatu. Wybieramy pieniądze i wręczamy taksówkarzowi, oczekując reszty. Mija dobre dziesięć minut, zanim wreszcie, z widocznym żalem, ją daje. Oczywiście bez przerwy namawiając nas na kolejne usługi. Rzecz jasna, „special price, only for you, my friend!”.
  
     Mamy go serdecznie dość. Musa robi bardzo złe pierwsze wrażenie o Jordańczykach. Ale taksówkarze to taksówkarze – nigdy nie można im ufać. Na szczęście reszta Jordańczyków, okaże się znacznie milsza.
   
Koszt: 128 zł na głowę.
     

DSC_3258    
Przejście graniczne King Hussein Bridge (ze strony jordańskiej, na izraelską)
    
     Jordanię opuszczamy na moście Króla Husseina (co ciekawe, na wszystkich drogowskazach, słowo „most” jest przetłumaczone na „bridg”). Jest to właściwie przejście graniczne z Regionem Autonomii Palestyńskiej. To generuje kolejne kontrole. Ale po kolei.
   
     Przy wejściu na teren przejścia granicznego przechodzimy pierwszą kontrolę paszportu. Wszystko się zgadza, więc kierujemy się w stronę małego budynku z celnikami w środku. Tutaj, pierwsze co należy zrobić to uiścić opłatę wyjazdową w kwocie 10 JOD (53 zł). Z kwitkiem, udajemy się do kolejnego okienka, gdzie celnik wbija pieczątki i… zabiera paszport.
  
Odda wam go kierowca w autobusie – mówi – idźcie do poczekalni.
   
     Idziemy więc do poczekalni, w której spędzamy godzinę, czekając na innych pieszych turystów. Wreszcie zbiera się nas spora grupka i wsiadamy do autobusu. Musimy jednak kupić bilet za kolejne 10 JOD (53 zł). Dodatkowo, należy zapłacić 2 JOD (11 zł) za bagaż (przyjmują walutę jordańską, izraelską, oraz dolary. Oczywiście po kusie wyznaczonym przez kasjera). Opłata za autobus jest absurdalnie wysoka, bo ten przejeżdża może z pięć kilometrów.
  
IMG_20150415_171545     
DSC_3257  
     Kierowca wchodzi do pojazdu z kilkudziesięcioma paszportami i zaczyna rozdawać je pasażerom. W pewnym momencie wciska mi jakiś amerykański paszport.
   
– Panie, to nie mój paszport! – krzyczę do kierowcy, ale ten nie rozumie angielskiego więc nic sobie nie robi z moich reklamacji. – Weź sobie to i dawaj mój! – mówię, mocno zirytowany całą tą sytuacją. Jeszcze nawet nie wyjechaliśmy z Jordanii, a już zapłaciliśmy haracz 120 zł. Wreszcie dostaję swój paszport.
    
DSC_3256  
     Przejeżdżamy autobusem na izraelską stronę. Tam stoimy w niewielkich kolejach do kontroli paszportowej. Większe bagaże trafiają na rentgeny. Nasze na szczęście nie muszą. Młody celnik pyta o cel wizyty i wpuszcza nas bez problemów. Dopytuje jeszcze czy w moim paszporcie aby na pewno nie ma błędu, bo przecież „Jakub”, powinno się pisać „Jakob”. Zapewniam go, że wszystko jest w porządku i idziemy dalej. Trafiamy na dużą halę, a tam kolejna kolejka, kolejna kontrola, kolejne pytania. Przechodzimy kawałek dalej, a tam kolejne sprawdzanie paszportów! Ileż można?!
  
     Wreszcie wychodzimy po izraelskiej stronie. Idziemy pewnym krokiem w stronę wyjazdu, ale zaczepia nas uzbrojony celnik.

– A wy gdzie?
– Idziemy do Izraela!

– Niemożliwe. Tu nie można iść pieszo. Musicie wziąć taksówkę lub autobus.
  
     Kłócimy się z nim jeszcze dość długo, ale okazuje się być nieugięty. Pieszo nie przejdziemy. Pertraktujemy więc z kierowcami autobusu. Prosimy, żeby podrzucili nas jedynie kilka kilometrów za granicę, ale nie chcą się zgodzić. Musimy kupić bilet do jakiegoś miasta. Najbliższe to Jerycho. Po długich rozmowach i targowaniu, kupujemy bilet. Kosztuje on 13 ILS (12 zł). Nie mamy jednak izraelskiej waluty, więc pan w kasie przelicza cenę na 4 dolary (15 zł). Kłócimy się, bo kurs jest niesprawiedliwy, targujemy się, kilkukrotnie odchodzimy od okienka, aż wreszcie udaje się stargować cenę do 7 dolarów (26 zł) za dwie osoby.
    
     Wkurzeni całą sytuacją wsiadamy do autobusu i jedziemy do Jerycha.
 
     Wysiadamy na dworcu. Wyjście z płyty prowadzi przez mały budynek, a w nim… kolejna kontrola paszportowa! Tym razem kontrolują nas funkcjonariusze palestyńscy. Na szczęście, to już ostatnie sprawdzanie paszportów. Opuszczamy dworzec i jedziemy stopem do Jerozolimy.
  
Koszt: 125 zł na głowę

   
     Przekraczanie granicy izraelsko-jordańskiej jest niezwykle nieprzyjemnym doświadczeniem. Szczególnie dla niskobudżetowego podróżnika. Bardzo denerwuje, kiedy musisz płacić za usługę, której w ogóle nie chcesz. I to nie małe pieniądze, bo pracujący na przejściach osoby, doskonale zdają sobie sprawę, z monopolu na obowiązkowe usługi. Ciężko nie czuć się w tej sytuacji oszukiwanym. Koszty związane z przekraczaniem granic zabrały połowę budżetu tej podróży i były jedynie o siedem złotych niższe, niż cena biletów lotniczych z Katowic do Izraela i z powrotem! Absurd!
   

7 komentarzy do “Przekraczanie granicy izraelsko-jordańskiej”

  1. Czytałam, że procedury w tych rejonach są dość ekstrawaganckie, ale żeby aż tak?? Całe szczęście póki co nie kusi mnie ten kierunek 🙂
    Czekam na pełną relację! A póki co- uważasz, że było warto opłacać haracze?

    Odpowiedz
    • Generalnie, nie żałuję, bo Jordania była absolutnie fantastyczna!
      Ale następnym razem, gdybym miał wjeżdżać, to zostałbym co ze dwa tygodnie w tym kraju, bo na krócej (tak jak my – 4 dni) się nie opłaca…

      Odpowiedz
  2. Trochę jednak przesadziłeś, że z tą pieczątką nie wpuszczą Cię do żadnego z krajów arabskich (choć bardziej poprawnie byłoby islamskich) 😉 Znalazłem informację, że nie wjedziesz co najwyżej do takich krajów jak: Zjednoczone Emiraty Arabskie, Kuwejt, Liban, Jemen, Libia, Syria, Arabia Saudyjska, Sudan, Irak, Iran, Bahrajn i Katar. A więc taki Egipt, Tunezja czy Maroko nadal jest otwarte 😉

    Odpowiedz
  3. dodałbym jeszcze np. Turcję, Pakistan, Bangladesz i Malezję – to co prawda kraje niearabskie, ale jednak muzułmańskie i nawet jak niektóre nie wpuszczają samych Żydów, to z pieczątką ponoć spokojnie wpuszczą 🙂

    Odpowiedz
  4. Dlatego lepiej było wracać przejściem przez Eliat 🙂 Koszty to dojazd do granicy którą w drugą stronę wynosi tylko 4 din, a nie 11 Niestety od tego roku, wymagana jest wiza której nie można zdobyć na przejściu 🙁

    Odpowiedz
    • hej Maciek, co to oznacza? Nie można wrócić z Akaby do Ejlatu przejściem wadi araba crossing bez wizy zdobytej w innym miejscu??

      Odpowiedz
  5. Wg mnie to nie wstyd, bo nie chodzi o te 3 zł, tylko o zasady. Mają monopol i dyktują chore ceny, a przez to, że ludzie się nie kłócą, to mają przyzwolenie na takie oszustwa. Zapłaciłeś, nic nie powiedziałeś, dałeś się wydymać i oni tak samo będą oszukiwać innych.
    I osobiście wolę popychać dwie godziny w upale, niż dać taksówkarzowi 50 złotych z 5 kilometrów.

    Odpowiedz

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.