Paryż — autostopem za brzydką pogodą

     Paryż zwa­ny jest “mia­stem marzeń”. Dla nas taki był, gdyż od daw­na marzy­li­śmy, aby go odwie­dzić. Inspi­ru­ją­ce pary­skie budow­le i leni­wie wiją­ca się mię­dzy nimi Sekwa­na nada­ły mu rów­nież mia­no “mia­sta arty­stów”. Aby się o tym prze­ko­nać, war­to odwie­dzić obfi­tu­ją­ce w ama­to­rów malar­stwa wzgó­rze Mont­mar­tre. Zaraz pod nim bie­gnie tzw. “czer­wo­na uli­ca”, któ­ra tłu­ma­czy­ła­by przy­do­mek “mia­sto miło­ści”. Jed­nak tutaj cho­dzi raczej o roman­tycz­ny cha­rak­ter mia­sta. O to trze­ba by jed­nak zapy­tać bar­dziej wraż­li­wą niż ja Iwon­kę, moją współ­to­wa­rzysz­kę podró­ży. Przy­do­mek “mia­sto świa­tła” łatwo zro­zu­mieć podzi­wia­jąc migo­czą­cą tysią­ca­mi lam­pek Wie­żę Eif­fla, a “mia­sto mody”, oglą­da­jąc wysta­wy buti­ków na Champs-Ély­sées. Dla mnie, Paryż będzie od teraz mia­stem desz­czu. Brzyd­ka pogo­da towa­rzy­szy­ła nam pra­wie cały czas. Mimo to podróż zali­czam do bar­dzo uda­nych, bo prze­cież waż­niej­sza niż pogo­da, jest pogo­da ducha.
  

Czy­taj dalej