Dzień 31. Szalony morfinista

     Od kiedy jeżdżę stopem, często zdarza mi się słyszeć pytanie, czy przydarzyła mi się jakaś niebezpieczna sytuacja. Do tej pory, mówiłem, że mimo przejechania siedemdziesięciu tysięcy kilometrów na stopa, nic złego mnie nie spotkało. Niestety, do dzisiejszego dnia. Dziś naszym kierowcą był szalony morfinista.

Ten post został napisany podczas podróży: 

autostopem do dubaju
Kliknij, aby dowiedzieć się więcej
 

     Po nocy spędzonej u sympatycznej irańskiej rodzinki idziemy na miasto. Zwiedzamy kilka zabytków, ale prawdę mówiąc, najbardziej podoba nam się przypadkowa wizyta u cukiernika, który zaprasza nas na zaplecze, pokazując jak wygląda jego praca. Zupełnie spontaniczne, niespodziewane i sympatycznie. 

szalony morfinista

     Chwilę później łapiemy już kolejne stopy na południe Iranu. Jeden z kierowców, gestem zaprasza nas na obiad. Przyjmujemy zaproszenie i chwilę później wchodzimy do domu, w którym jego żona już nakłada obiad. Mimo totalnej bariery językowej, po raz kolejny, fantastycznie spędzamy czas. Pomagamy nawet nakarmić ich syna. Początkowo nie chce jeść, ale z rąk dziwnych, białych ludzi o jasnych włosach, zjada wszystko jak należy.

szalony morfinista

szalony morfinista

     Kolejnym złapanym na stopa autem jest duża cysterna. Kierowca od początku wydaje nam się dziwny, ale przecież jeżdżąc na stopa, co chwilę trafia się na dziwnych ludzi. Po chwili rozmowy, Irańczyk wyciąga sobie działkę morfiny, którą musi natychmiast zaaplikować. Kulturalnie pyta nas nawet czy aby też przypadkiem nie chcemy. Wczoraj propozycja palenia trawy, dziś już morfina. Coraz lepiej!

     Irańczyk spokojnie odkręca sobie zawór w kuchence gazowej i chce coś na niej podgrzewać. Nie wiem jak się zażywa morfinę, ale wcale nie chcę wiedzieć. Od razu zakręcam mu gaz, po czym mówimy stanowczo, żeby tego teraz nie robił. Kierowca nieco się dziwi, więc mówię, że chce mi się sikać i że ma się zatrzymać. Niestety – jedziemy autostradą i nie może tu stanąć. Musimy czekać na najbliższą stację benzynową. 

szalony morfinista

     Kierowca wciąż próbuje odpalać ogień w butli, ale cały czas mu nie pozwalam. W dodatku wyciąga igłę, którą macha po całej kabinie. Robi się naprawdę nieprzyjemnie. Piotrek nawet symuluje atak kaszlu, żeby dotarło do niego, że nie może przy nas odkręcać gazu. Po dwudziestu minutach nieprzyjemnych dyskusji, odkręcania i zakręcania gazu, wreszcie na horyzoncie pojawia się stacja benzynowa. Kierowca się zatrzymuje i tu, na szczęście, nasze drogi się rozchodzą. Dalsza podróż przebiega bez problemu.

     Stresy rekompensuje nam świetny stop, którego łapiemy jakiś czas później. Otóż, rzadko udaje się złapać na stopa motor. Tego popołudnia łapiemy dwa motory na raz. Jeden dla mnie, drugi dla Piotrka. Mało tego! Chwilę później łapiemy kolejnego stopa, którym są… kolejne dwa motory!

szalony morfinista

     Wieczorem lądujemy na dużym rondzie, gdzie biwakuje sobie kilka irańskich rodzin. Dołączamy się do jednej z nich. Jemy kolację, rozmawiamy, a po wszystkim… zaczynamy tańczyć. Panie śpiewają, panowie skaczą i mamy całkiem fajną imprezkę na środku ronda. Ach ci Irańczycy!

szalony morfinista

     Kilka metrów dalej rozbijamy namiot. Jak się później okaże – ostatni raz w tej podróży.