Dzień 30. Marihuana w ogrodzie

     W podró­ży przez Iran chce­my się sku­pić głów­nie na pozna­wa­niu ludzi. Nie zale­ży nam na oglą­da­niu atrak­cji tury­stycz­nych, czy zabyt­ków. Chce­my pozna­wać miej­sco­wych, spę­dzać z nimi czas i roz­ma­wiać. Jedy­ną atrak­cją, jaką mamy w pla­nie zoba­czyć jest sta­ro­żyt­ne mia­sto Per­se­po­lis. I nawet tego nie uda­je nam się zre­ali­zo­wać…

Ten post został napi­sa­ny pod­czas podró­ży: 
autostopem do dubaju
Klik­nij, aby dowie­dzieć się wię­cej
 

marihuana w ogrodzie

     Z mia­sta Shi­raz wyjeż­dża­my bez pro­ble­mu, łapiąc sto­pa. Zatrzy­mu­je się sta­re auto, w któ­rym za kie­row­ni­cą sie­dzi męż­czy­zna w śred­nim wie­ku, a na miej­scu pasa­że­ra, mło­da dziew­czy­na.

- Pod­wie­zie­my was do Per­se­po­lis — dekla­ru­ją. Jed­nak po wyko­na­niu dwóch tele­fo­nów, łama­nym angiel­skim, Iran­ka mówi — Moja cio­cia zapra­sza was na obiad.

     Jak już wspo­mnia­łem, poje­cha­li­śmy do Ira­nu pozna­wać ludzi, a nie zwie­dzać atrak­cje. Bez chwi­li waha­nia, rezyg­bu­je­my więc ze zwie­dza­nia sta­ro­żyt­ne­go mia­sta i przyj­mu­je­my zapro­sze­nie. Pół godzi­ny póź­niej jeste­śmy już w domu kolej­nej irań­skiej rodzi­ny.

marihuana w ogrodzie

     Barie­ra języ­ko­wa jest tu więk­sza niż zwy­kle. Tutaj tyl­ko jed­na oso­ba mówi cokol­wiek w języ­ku angiel­skim, choć też sła­bo. Z całą resz­tą doga­du­je­my się jedy­nie uśmie­cha­mi, gesta­mi, mimi­ką i wszel­ką impro­wi­zo­wa­ną mową. Mimo to, “roz­mo­wy” z nimi są fan­ta­stycz­ne. Cza­sem prze­ka­za­nie jed­nej infor­ma­cji trwa dzie­sięć minut, ale obaj musi­my przy­zna­je­my, że czas spę­dzo­ny z nimi jest świet­ny! Czu­je­my się wśród nich tak swo­bod­nie i miło, że nawet brak wspól­ne­go języ­ka nie prze­szka­dza nam w polu­bie­niu się. 

marihuana w ogrodzie

     Na obiad jemy tra­dy­cyj­ny irań­ski ryż z kur­cza­kiem. Co cie­ka­we, zamiast widel­ców, uży­wa się tu rąk. Idzie nam kiep­sko i dooko­ła tale­rzy robi­my dużo bała­ga­nu. Cała rodzi­na ma z nas nie­zły ubaw, kie­dy z rąk lecą nam kolej­ne kawał­ki kur­cza­ka. W pew­nym momen­cie, star­szy pan pyta nas, czy pali­my.

- Nie, nie pali­my - odpo­wia­da­my gestem gło­wy. 
- Chodź­cie za mną — poka­zu­je ręką Irań­czyk i pro­wa­dzi nas do ogro­du. Zatrzy­mu­je­my się przy dorod­nym krza­ku… mari­hu­any.

marihuana w ogrodzie

     Cała rodzi­na twier­dzi zgod­nie, że to samo­siej­ka. Do tej pory nie wie­my czy to praw­da, czy tyl­ko wspól­nie usta­lo­na wer­sja. 

     Wra­ca­my na taras, gdzie rodzi­na pró­bu­je nas jakoś zaba­wiać. Gło­wa rodzi­ny idzie do domu, po czym wra­ca ze… strzel­bą. Przy­no­si do niej jesz­cze kil­ka akce­so­riów i wszy­scy razem robi­my sobie zdję­cia.

marihuana w ogrodzie

     Rodzi­na tak nas polu­bi­ła, że kie­dy wyjeż­dża­my kil­ku­krot­nie pro­szą nas, żeby­śmy zosta­li choć kil­ka dni. Nie­ste­ty nie może­my. Kobie­ty żegna­ją się ze łza­mi w oczach i każą o sobie pamię­tać. Na pew­no ich nie zapo­mni­my! Tym bar­dziej, że na poże­gna­nie wrę­cza­ją nam jesz­cze mały pre­zent, zerwa­ny z jed­ne­go z krza­ków w ich ogro­dzie…

     Ale czas jechać dalej! Łapie­my kil­ka kolej­nych sto­pów, aż wie­czo­rem lądu­je­my w miej­sco­wo­ści Yazd. Stan­dar­do­wo, szu­ka­my par­ku, w któ­rym mogli­by­śmy roz­bić namiot. Sie­dzą tam oczy­wi­ście dzie­siąt­ki irań­skich rodzin jedzą­cych kola­cję. Dość szyb­ko zosta­je­my zapro­sze­ni na posi­łek, a po kolej­nej prze­mi­łej roz­mo­wie, rów­nież na noc­leg. Noc spę­dza­my więc u następ­nej fan­ta­stycz­nej, irań­skiej rodzi­ny. Jak tu nie kochać tych ludzi!?

marihuana w ogrodzie

  • buba

    ale on to hodu­je czy po pro­stu rosnie? bo np. w Arme­nii to rosnie wsze­dzie jak chwast! wygla­da iden­tycz­nie acz ponoc ten armen­ski to cana­bis rude­ra­lis o duzo mniej­szej zawar­to­sci THC (acz tro­che ma, dobrze sie po tym spi 😉