Dzień 11. Kapadocja i tureckie wesele

     Kost­ka, któ­rą uszko­dzi­łem wczo­raj rano wciąż jest spuch­nię­ta. W dodat­ku zaczę­ła sinieć. Wizy­ta u leka­rza chy­ba oka­że się nie­unik­nio­na. Przy nor­mal­nym cho­dze­niu jed­nak sto­pa nie boli. W dodat­ku jest nie­dzie­la, więc z hospi­ta­li­za­cji i tak nici. Jedzie­my więc dalej. Dzi­siej­szy cel — Kapa­do­cja!

Ten post został napi­sa­ny pod­czas podró­ży: 
autostopem do dubaju
Klik­nij, aby dowie­dzieć się wię­cej
 

     Budzi nas jeden z syryj­skich robot­ni­ków, z któ­ry­mi spę­dzi­li­śmy wczo­raj­szy wie­czór. Woła na śnia­da­nie. Znów kil­ku­na­sto­oso­bo­wą gru­pą wyja­da­my posi­łek z jed­naj michy. Tym razem jajecz­ni­cę.

kapadocja

kapadocja

     Turec­ki auto­sto­po­wicz, pozna­ny wczo­raj­sze­go dnia, chce z nami łapać sto­pa. Co praw­da we trzech mamy mniej­sze szan­se, ale to jest Tur­cja. Tutaj i tak zła­pie­my sto­pa bez pro­ble­mu.

kapadocja

     Wresz­cie zatrzy­mu­je się auto, ale mają tyl­ko dwa miej­sca. Żegna­my się z hipi­sem i jedzie­my do Kapa­do­cji.

     Byłem tu czte­ry lata temu i zwie­dzi­łem ją dość dobrze. Pio­trek nato­miast jest tu pierw­szy raz. To dobry moment, aby dać odpo­cząć mojej sto­pie. Pio­trek idzie na wyciecz­kę, a ja sia­dam w zacie­nio­nym miej­scu i nie robię abso­lut­nie nic.

kapadocja

kapadocja

    Po trzech godzi­nach przy­bie­ga Pio­trek z czwór­ką Tur­ków. Oka­zu­je się, że pod­czas wędro­wa­nia po oko­li­cy, poznał miłych ludzi, któ­rzy zabra­li go na obiad. Od kie­dy dowie­dzie­li się o mnie i mojej nodze bar­dzo chcą pomóc. Nie­ste­ty, nic nie mogą zro­bić. Obie­cu­je­my tyl­ko, że jutro pój­dzie­my do leka­rza, po czym się roz­sta­je­my.

kapadocja

     Wie­czo­rem idzie­my na pobli­skie wzgó­rze, aby zoba­czyć zachód słoń­ca nad Kapa­do­cją. Scho­dząc, tra­fia­my na bar­dzo wystaw­ne wese­le w pobli­skim hote­lu. Przy­sta­je­my na chwi­lę, aby popa­trzeć i zaraz zaczy­na­ją do nas zaga­dy­wać goście i kel­ne­rzy. W koń­cu przy­cho­dzi Turek wyglą­da­ją­cy na sze­fa obsłu­gi i pro­po­nu­je nam kola­cję.

kapadocja

     Na sce­nie zaczy­na się pokaz wiru­ją­cych der­wi­szy. Są to turec­cy tan­ce­rze, z jed­ne­go z bractw muzuł­mań­skich. W rytm hip­no­tycz­nej muzy­ki krę­cą się w kół­ko, roz­wie­wa­jąc swo­je bia­łe sza­ty. Pod­cho­dzi­my nie­co bli­żej.

kapadocja

     Jeste­śmy napraw­dę pod wra­że­niem ich umie­jęt­no­ści zacho­wa­nia rów­no­wa­gi. Krę­cą się tak dobre pięt­na­ście minut!

     W mię­dzy­cza­sie pod­cho­dzą do nas kolej­ni Tur­ko­wie. Nie­sa­mo­wi­cie otwar­ty jest ten naród. Są tak chęt­ni do roz­mo­wy, że nawet mimo bra­ku wspól­ne­go języ­ka, zaga­du­ją do nas i sta­ra­ją się wypy­ty­wać o mnó­stwo spraw. Tego wie­czo­ra pozna­je­my wuj­ka pana mło­de­go, a tak­że zespół muzycz­ny i chy­ba wszyst­kich kel­ne­rów. Jeste­śmy tu ogrom­ną atrak­cją!

kapadocja

kapadocja

     Jeden z gości wesel­nych pole­ca nam dobre miej­sce na roz­bi­cie namio­tu. Wspi­na­my się więc na pole­co­ną gór­kę i tam kła­dzie­my się spać. Ale nie w namio­cie. Idzie­my spać pod gołym nie­bem. A rano obu­dzi nas nie­sa­mo­wi­ty widok. Zobacz­cie w następ­nym wpi­sie!

  • Two­je pięk­ne zdję­cia i cie­ka­we opi­sy spra­wia­ją, że czu­ję się jak­bym tam była. Dużo zdro­wia i powo­dze­nia! Trzymaj.cie się!