Dzień 26. Irańska gościnność

     Rozbiliśmy namiot zaraz obok dworca autobusowego w Teheranie. Nic dziwnego, że z samego rana budzi nas ochrona i każe się zbierać. – Ok. One moment. – mówimy strażnikom i chwilę jeszcze leżymy. Jesteśmy zaspani, bo poszliśmy spać po trzeciej. Na tyle zaspani, że chwilę po odejściu ochroniarzy, znów zasypiamy, na całe trzy godziny. Na szczęście nikt nam więcej nie przeszkadza.

Ten post został napisany podczas podróży: 
autostopem do dubaju
Kliknij, aby dowiedzieć się więcej
 

irańska gościnność

     Nasz plan na zwiedzanie Teheranu składa się z dwóch punktów:

  1. Zobaczyć słynny Łuk Azadi – najsłynniejszą budowlę Iranu.
  2. Kupić pocztówki.

     Wychodzimy z dworca autobusowego i staramy się znaleźć drogę do centrum. Nagle, przed nami pojawia się… Łuk Azadi. Pierwszy punkt listy „to do” zaliczony. 

irańska gościnność

     Robimy pamiątkowe zdjęcia i jemy małe śniadanie. W pewnym momencie podchodzi do nas sympatyczny Irańczyk i pyta kim jesteśmy. Wdajemy się w rozmowę, po której Reza – tak się przedstawia – daje nam numer telefonu, na który możemy dzwonić w razie jakichkolwiek problemów. Takich numerów podczas autostopowych podróży zbiera się mnóstwo. Szczególnie w Iranie. 

     Rozmowa z Rezą nieco się przedłuża, aż wreszcie zaprasza nas na obiad do swojej mamy, która mieszka niedaleko. Z radością przyjmujemy zaproszenie i po chwili siedzimy już w chłodnym irańskim mieszkaniu, próbując dogadać się ze starszą panią. Czujemy się tam bardzo swobodnie. Mimo ogromnej bariery językowej, wyczuwamy ogromną otwartość i niewymuszoną gościnność.

irańska gościnność

irańska gościnność

     Ta gościnność jest czasem aż kłopotliwa. Często, przebywając wśród Irańczyków, nie można się nawet ruszyć, bo zaraz pytają czego nam potrzeba. Od razu oferują pomoc, czasem wręcz nachalnie. Kiedy pytamy Rezę, czy wie gdzie możemy dostać mapę Teheranu, ten szczerze przyznaje, że nie wie. Wychodzi jednak po chwili z domu i wraca po dwóch godzinach z trzema różnymi mapami. Jak się okazuje, biegał po całym mieście, żeby je dla nas zdobyć. Tacy są Irańczycy.

     Spędzamy u sympatycznej rodzinki cały dzień. Bierzemy prysznic, robimy pranie, jemy obiad, owoce, orzechy. Siostra Rezy wróży nam z kart, a jego siostrzenica pomaga w liczeniu adresów uczestników akcji Pocztówka z Podróży. Czas mija przemiło. Musimy jednak jechać dalej. Drugi punkt z listy „to do” jeszcze nie został wykreślony.

     Krążymy po księgarniach i innych sklepikach, szukając pocztówek. Ku naszemu przerażeniu, okazuje się, że w ogóle ich tu nie ma! Tymczasem, w ramach akcji Pocztówka z Podróży, musimy wysłać ich aż dwieście czterdzieści. Będziemy więc ich szukać, choćbyśmy mieli to robić do końca naszego pobytu w Iranie. 

     W małym centrum handlowym zaczepiamy sympatyczną dziewczynę – Sarę, z pytaniem gdzie możemy kupić kartki. Oczywiście wrodzona, irańska uprzejmość nie pozwala jej po prostu nam wskazać miejsca. Od razu rzuca swoje plany i idzie z nami. Krążymy dość długo po kolejnych sklepach, aż wreszcie Sara mówi, że może być ciężko, bo Teheran nie jest turystycznym miastem. Znacznie łatwiej znajdziemy pocztówki w Esfahan – mieście do którego jedziemy jutro. 

irańska gościnność

     Sarze trochę głupio, że nam nie pomogła, więc oferuje wspólny wieczór. Zaraz podjedzie tu jej mąż i chętnie zabiorą nas do parku, a potem wywiozą na wylot, gdzie będziemy mogli łapać stopa. – Świetnie! – zgadzamy się na tę propozycję.

     Chwilę później jesteśmy już w parku, gdzie rozmawiamy o mylnym pojęciu o Iranie wśród Europejczyków. Sara była kilkukrotnie w Europie i doskonale zdaje sobie sprawę, jak negatywną opinię mamy na temat jej kraju. Obiecujemy jej, że będziemy mówić same dobre rzeczy o Iranie, gdy wrócimy do Polski.

     Wieczorem, Sara i jej mąż odwożą nas na wylot. Jest już późny wieczór, ale to nie przeszkadza nam w łapaniu stopa. Do Esfahan mamy pięćset kilometrów, ale autostop funkcjonuje tu tak dobrze, że jesteśmy pewni, osiągnięcia dziś naszego celu. Nie mylimy się – o czwartej w nocy dojeżdżamy na przedmieścia Esfahan.