Skok po marzenia

     Powo­li zbli­żam się do małej dra­bin­ki pro­wa­dzą­cej na kil­ku­me­tro­wy podest. Zaci­skam dło­nie na szcze­bel­kach dużo moc­niej niż zwy­kle. Sta­wiam kro­ki bar­dzo ostroż­nie, mimo, że przy­pię­ty jestem dwie­ma lina­mi. Myśląc racjo­nal­nie, nic nie może mi się stać. Poziom adre­na­li­ny nie pozwa­la jed­nak dojść do gło­su racjo­na­li­zmo­wi. Wie­je moc­ny wiatr, dooko­ła roz­cią­ga się widok na odda­lo­ne o kil­ka­dzie­siąt kilo­me­trów mia­sta, a pod sto­pa­mi mam ponad dwu­stu­me­tro­wą prze­paść. “Ready! Set! GO!” — krzy­czy tzw. wypy­cha­ją­cy. Ska­czę, lecę, a po ośmiu sekun­dach jestem na dole. Tyle pie­nię­dzy i zacho­du dla tych kil­ku chwil? War­to! Bo nie liczy się jedy­nie czas lotu, ale cała otocz­ka. Nara­sta­ją­ce napię­cie przy wjeź­dzie na szczyt komi­na, adre­na­li­na kie­dy sta­jesz na jego kra­wę­dzi, nie­sa­mo­wi­te uczu­cie spa­da­nia i jego wspo­mnie­nie, któ­re będzie moje do koń­ca życia.
 

IMG_7959
 
     Wykre­ślam kolej­ną pozy­cję z mojej listy marzeń. Zawsze chcia­łem sko­czyć na bun­gee. Nie sko­czy­łem, ale zro­bi­łem coś jesz­cze lep­sze­go. “Bun­gee to prze­szłość” brzmi hasło rekla­mo­we Dre­am Jump, sko­ku wyż­sze­go i cie­kaw­sze­go niż popu­lar­ne sko­ki na linie. Pod wzglę­dem finan­so­wym pozo­sta­wał on jed­nak dale­ko poza moim zasię­giem. Pew­ne­go razu coś skło­ni­ło mnie, aby wysłać maila orga­ni­za­to­rom, z pyta­niem, czy nie dało­by się sko­czyć taniej i… dosta­łem sie­dem­dzie­siąt pro­cent zniż­ki.
  
     Od dzie­wię­ciu godzin sie­dzę w pocią­gu. Patrzę na ucie­ka­ją­ce za oknem kra­jo­bra­zy dol­ne­go ślą­ska. Nagle ponad lasem dostrze­gam wyso­ki komin. “Jestem na miej­scu” — myślę.
  
IMG_7934
  
     Gło­gow­ska wie­ża ma dwie­ście dwa­dzie­ścia dwa metry. To naj­wyż­szy w Euro­pie obiekt udo­stęp­nio­ny do ska­ka­nia. W mia­rę zbli­ża­nia się do jej posta­wy zda­je się być jesz­cze więk­sza. Do tej pory byłem cał­ko­wi­cie spo­koj­ny. Sta­nąw­szy jed­nak u jej stóp, zaczy­nam odczu­wać pewien dys­kom­fort, któ­ry z cza­sem prze­ra­dza się w strach.
  
IMG_7954
   
     Wcho­dzę do wnę­trza betono­wej wie­ży. Spo­glą­dam w górę. Nade mną roz­cią­ga się pio­no­wy tunel, w któ­rym już kil­ka metrów wyżej panu­ją zupeł­ne ciem­no­ści. Wyso­ko, na jego koń­cu moż­na dostrzec jasny punkt, któ­ry w rze­czy­wi­sto­ści jest kil­ku­me­tro­wym otwo­rem. Jeden z pra­cow­ni­ków daje mi do ręki oświad­cze­nie. Jego treść nie wpły­wa dobrze na dener­wu­ją­ce­go się skocz­ka. “Zda­ję sobie spra­wę, że sprzęt może zawieść, lina się urwać, a wiatr ude­rzyć mną o ścia­nę komi­na.” Pod­pi­su­ję tę potwor­ną wyli­czan­kę, a następ­nie wcho­dzę w uprząż.
  
     W pew­nym momen­cie zaczy­nam ner­wo­wo roz­glą­dać się w poszu­ki­wa­niu scho­dów, albo win­dy. Z prze­ra­że­niem stwier­dzam ich brak. Czyż­bym musiał wejść po zewnętrz­nej dra­bi­nie?
   
IMG_7948
   
IMG_7938
  
     “Gdy­by­śmy uprze­dza­li, że na komin wcią­ga­my wycią­gar­ką, a nie win­dą, to byśmy mie­li mniej klien­tów” — śmie­je się jeden z pra­cow­ni­ków, po czym przy­pi­na mnie do meta­lo­wej liny. Chwi­lę póź­niej zaczy­nam już uno­sić się w górę. Robi się coraz ciem­niej i coraz ciszej. W mro­ku widać tyl­ko prze­su­wa­ją­ce się powo­li gołe, beto­no­we ścia­ny. Pod zwi­sa­ją­cy­mi noga­mi widzę coraz mniej­sze koło dna komi­na. Nad gło­wą mam wciąż malut­ki punkt dru­gie­go koń­ca wie­ży. Sły­szę tyl­ko swój przy­spie­szo­ny oddech i bicie wła­sne­go ser­ca. Od cza­su do cza­su kara­bi­nek prze­ska­ku­je powo­du­jąc upior­ne szarp­nię­cie. Po czte­rech minu­tach wjeż­dża­nia w ciszy i ciem­no­ści, docie­ram do szczy­tu komi­na. Widok zapie­ra dech w pier­siach, ale nie mam gło­wy się nim teraz zachwy­cać. 
 
Ready! Set! GO!
 
     Odbi­jam się od pode­stu i zaczy­nam swój ośmio­se­kun­do­wy lot. Płu­ca się zaci­ska­ją, cia­ło odczu­wa cał­ko­wi­tą wol­ność od gra­wi­ta­cji. Siła cięż­ko­ści wyda­je się nie dzia­łać, przez co czło­wiek czu­je się nie­praw­do­po­dob­nie lek­ki. Wiatr ude­rza w twarz coraz moc­niej, a zie­mia zbli­ża się coraz szyb­ciej. Przed sko­kiem pla­no­wa­łem, że będę się sta­rał lecieć w pozy­cji spa­do­chro­nia­rza, że spró­bu­ję się obró­cić. Adre­na­li­na nie pozwa­la jed­nak sku­pić się na niczym. Cał­ko­wi­cie wyłą­cza się myśle­nie.
 

  
     Swo­bod­ny lot koń­czy się tuż nad zie­mią. Jesz­cze chwi­la dyn­da­nia w powie­trzu i moje sto­py znów są na bez­piecz­nym grun­cie. Oddy­cham cięż­ko, jak­bym prze­biegł mara­ton. Sia­dam na tra­wie i sta­ram się ochło­nąć.
  
     Zawsze wyda­wa­ło mi się, że tego typu atrak­cje nie robią na mnie więk­sze­go wra­że­nia. Mam co praw­da lęk wyso­ko­ści, ale w bez­piecz­nej uprzę­ży myślę racjo­nal­nie i w ogó­le go nie odczu­wam. Tym razem, z racjo­na­li­zmem poże­gna­łem się wjeż­dża­jąc na linie ponu­rym wnę­trzem komi­na. To napraw­dę nie­za­po­mnia­ne prze­ży­cie, rów­nie emo­cjo­nu­ją­ce co sam skok. Nie­sa­mo­wi­te jest tak­że uczu­cie otu­ma­nie­nia adre­na­li­ną, któ­rą dosłow­nie czuć w żyłach. Zupeł­ne wyłą­cze­nie myśle­nia, cał­ko­wi­ta nie­trzeź­wość umy­słu. Mówię sobie: “Kuba! Ogar­nij się! Skup się!”, ale to nic nie daje. Roz­są­dek nie ma pra­wa gło­su. Ist­nie­ją tyl­ko emo­cje.
  • z same­go czy­ta­nia brzuch mnie roz­bo­lał!:)

  • Super! Ja bym się chy­ba nie odwa­ży­ła 😉 Pozdra­wiam z Legni­cy.

    • To nie kwe­stia odwa­gi 😉 Jak­byś tam była, to już byś nie mia­ła wyj­ścia 😉

  • Ano­ny­mo­us

    Dziś jest Two­ja rocz­ni­ca :))

  • Pole­cam skok ze spa­do­chro­nem — wyska­ki­wa­nie w locie z meta­lo­wej maszy­ny — to dopie­ro adre­na­li­na 😀
    Co nie zna­czy ze bun­gee nie jest faj­ne 🙂
    Ogol­nie — sza­cun za chec do dzia­la­nia i wia­re w marze­nia — oby tak dalej 🙂

  • Świet­na spra­wa 🙂 Ja też ska­ka­łem, z 90tki, przy 80 metrach mia­łem już dość 🙂